Dzień trzeci - z St. Johann im Pongau do Kaprun.
Dzień trzeci . St Johann im Pongau do Kaprun.
Do przejechania 47km . Przewyższenia podane przez mapy.cz to 994m . Nasze aplikacje w komórkach podały ostatecznie ok. 780m.
Nastawiamy się,że będzie ciężko.... i było.
Upał 35 st . Mało cienia i te podjazdy. Panowie dali radę , ale panie (za wyjątkiem Matyldy) pchały. Chociaż i ona czasami miała dość.
Po drodze śmigali nas rowerzyści na rowerach elektrycznych, ale sporo osób też pchało. Najbardziej rozbawił nas obrazek - ona wypoczęta, uśmiechnięta na rowerze elektrycznym, on spocony ,zmęczony na tradycyjnym. I tekst ,że on ma w nosie takie wakacje.
Atmosfera na trasie bardzo przyjazna . Mijamy sporo osób . Część odbija na tym odcinku do Grado (trasa Alpe-Adria).
W połowie trasy przystanek w kanionie Kitzlochklamm.
A potem męczący podjazd 15%.No cóż, znów na końcówce pchałam.
Irek autem serwisowym miał podjechać na parking pod wąwozem ,odpiąć rower i jechać do nas i mieliśmy się spotkać w połowie drogi. Dzwonimy do niego w połowie drogi -okazalo się że jest 4 km za nami . Minęliśmy się na 2 wariantach Tauernrodweg.
Po drodze piękne widoki. Na szczycie najbardziej męczącego podjazdu gospodarstwo z 5 kotami w tym z 3 bardzo malutkimi . Zmęczenie dziciakom minęło błyskawicznie. Mała Ania jak usłyszała o kotach pokonała biegiem ostatnią górkę ( Bożenka- mama Ani dzielnie pchała 2 rowery)
Czekamy pod wąwozem na Irka . Jest mały barek przy kasie biletowej . Lody dla dzieci i Radler dla dorosłych... Przypinamy rowery. Jest nam wszystko jedno - sakwy zostawiamy przy rowerach. Jesteśmy przecież w Austrii -liczymy na to, że jak wrócimy z wąwozu będą na miejscu.
I wąwóz .Do przejścia 1000 schodów . Andrzej narzeka 😁 , że on na rower przyjechał a nie na wspinaczkę.
Dał radę.
Ostatnie 20 km bez małych dzieci. Jadą do Kaprun autem serwisowym z Bożeną.
Późne popołudnie , trasa się wypłaszcza. Znowu zmęczeni, ale bardzo zadowoleni dojeżdżamy na miejsce. Obiad w restauracji - w końcu - a nie w fast-foodzie.
Idziemy spać.
Do przejechania 47km . Przewyższenia podane przez mapy.cz to 994m . Nasze aplikacje w komórkach podały ostatecznie ok. 780m.
Nastawiamy się,że będzie ciężko.... i było.
Upał 35 st . Mało cienia i te podjazdy. Panowie dali radę , ale panie (za wyjątkiem Matyldy) pchały. Chociaż i ona czasami miała dość.
Po drodze śmigali nas rowerzyści na rowerach elektrycznych, ale sporo osób też pchało. Najbardziej rozbawił nas obrazek - ona wypoczęta, uśmiechnięta na rowerze elektrycznym, on spocony ,zmęczony na tradycyjnym. I tekst ,że on ma w nosie takie wakacje.
Atmosfera na trasie bardzo przyjazna . Mijamy sporo osób . Część odbija na tym odcinku do Grado (trasa Alpe-Adria).
W połowie trasy przystanek w kanionie Kitzlochklamm.
A potem męczący podjazd 15%.No cóż, znów na końcówce pchałam.
Irek autem serwisowym miał podjechać na parking pod wąwozem ,odpiąć rower i jechać do nas i mieliśmy się spotkać w połowie drogi. Dzwonimy do niego w połowie drogi -okazalo się że jest 4 km za nami . Minęliśmy się na 2 wariantach Tauernrodweg.
Po drodze piękne widoki. Na szczycie najbardziej męczącego podjazdu gospodarstwo z 5 kotami w tym z 3 bardzo malutkimi . Zmęczenie dziciakom minęło błyskawicznie. Mała Ania jak usłyszała o kotach pokonała biegiem ostatnią górkę ( Bożenka- mama Ani dzielnie pchała 2 rowery)
Czekamy pod wąwozem na Irka . Jest mały barek przy kasie biletowej . Lody dla dzieci i Radler dla dorosłych... Przypinamy rowery. Jest nam wszystko jedno - sakwy zostawiamy przy rowerach. Jesteśmy przecież w Austrii -liczymy na to, że jak wrócimy z wąwozu będą na miejscu.
Dał radę.
Ostatnie 20 km bez małych dzieci. Jadą do Kaprun autem serwisowym z Bożeną.
Późne popołudnie , trasa się wypłaszcza. Znowu zmęczeni, ale bardzo zadowoleni dojeżdżamy na miejsce. Obiad w restauracji - w końcu - a nie w fast-foodzie.
Idziemy spać.
Komentarze
Prześlij komentarz